Ostatnio ten blog zmienia się w encyklopedię pt." Co można sobie zrobić złego, nie chcąc sobie zrobić nic złego". Kolejna część mojego cholernego szczęścia.
Graliśmy na WF-ie w środę w siatkę. Mój znienawidzony sport, z którego jestem bardzo słaba. Zaserwowałam i odwróciłam się w kierunku wuefistki na zastępstwie, która robiła mi wykład na temat prostego łokcia. Kątem oka dostrzegłam piłkę, ale C. przede mną odbiła ją sposobem dolnym. Niestety, odbiła na tyle skutecznie, że piłka trafiła mnie prosto w zęby. Na początku nie przejęłam się tym szczególnie, ale wuefistka spanikowała (czy krew, lejąca się z ust, aż tak ją przeraziła?). Zaciągnęła mnie do kantorka i kazała sobie płukać usta. Niestety, okazało się, że aparat ortodontyczny wbił mi się w górną wargę i... Tam pozostał, sczepiając zęby i tę wargę. Wyciągnęłam go sobie (bolało!). Krew płynęła strasznie długo i było jej mnóstwo. Przyglądałam się jej z fascynacją (krew jest fajna), ale wuefistka zrobiła się zielona i wysłała mnie do sekretariatu. Poszłam potem do ortodontki, która założyła mi szwy (2). No i ok, ale warga dalej boli, więc poszłam do jeszcze jednej ortodontki. Dopiero ona zorientowała się, że trochę metalu z aparatu (takie malutkie klamerki) wbiły mi się w wargę i tam zostały. Musiała wyjąć szwy (auuu!), wyjąć klamerki (AUU!) i założyć szwy (auu...). Fajnie, nie?
Ten blog zaczyna się robić nieprawdopodobny, ale zapewniam, że wszystkie przedstawione tu wypadki ze mną w roli głównej są prawdziwe. Niestety. Ag. śmieje się, że na obozie to się prawdopodobnie skasuję.
Graliśmy na WF-ie w środę w siatkę. Mój znienawidzony sport, z którego jestem bardzo słaba. Zaserwowałam i odwróciłam się w kierunku wuefistki na zastępstwie, która robiła mi wykład na temat prostego łokcia. Kątem oka dostrzegłam piłkę, ale C. przede mną odbiła ją sposobem dolnym. Niestety, odbiła na tyle skutecznie, że piłka trafiła mnie prosto w zęby. Na początku nie przejęłam się tym szczególnie, ale wuefistka spanikowała (czy krew, lejąca się z ust, aż tak ją przeraziła?). Zaciągnęła mnie do kantorka i kazała sobie płukać usta. Niestety, okazało się, że aparat ortodontyczny wbił mi się w górną wargę i... Tam pozostał, sczepiając zęby i tę wargę. Wyciągnęłam go sobie (bolało!). Krew płynęła strasznie długo i było jej mnóstwo. Przyglądałam się jej z fascynacją (krew jest fajna), ale wuefistka zrobiła się zielona i wysłała mnie do sekretariatu. Poszłam potem do ortodontki, która założyła mi szwy (2). No i ok, ale warga dalej boli, więc poszłam do jeszcze jednej ortodontki. Dopiero ona zorientowała się, że trochę metalu z aparatu (takie malutkie klamerki) wbiły mi się w wargę i tam zostały. Musiała wyjąć szwy (auuu!), wyjąć klamerki (AUU!) i założyć szwy (auu...). Fajnie, nie?
Ten blog zaczyna się robić nieprawdopodobny, ale zapewniam, że wszystkie przedstawione tu wypadki ze mną w roli głównej są prawdziwe. Niestety. Ag. śmieje się, że na obozie to się prawdopodobnie skasuję.
20.06.2011 o godz. 12:16
komentuj (0)
Prosiłam ostatnio o spokojne życie, prawda? Jasne, że los nie spełnił moich oczekiwań. Spokojne to miałam 2 dni, nie licząc starcia z wychowawczynią (to nie moja wina, ja jestem grzeczna).
Wczoraj, siedząc na trybunach na WF-ie (przez te zemdlenia nie ćwiczę) czułam się całkiem nieźle. Czytałam sobie książkę, klasa grała w siatę. Akurat usadowiłam się na samej górze trybun (są 3 rzędy do siedzenia, a poniżej takie niskie, metalowe ławeczki). Obok mnie siedziała B. i F. B. nie ćwiczy, a F. (trzeci rok w tej klasie) nie ma stroju. Siedzę sobie i nagle zrobiło mi się czarno przed oczami, w ciągu klku sekund, jakby ktoś wyłączył światło. Otworzyłam oczy, siedziałam na podłodze sali gimnastycznej, klasa przestała grać i stała dookoła mnie z dziwnymi minami, a wuefista truchtem wybiegł z sali w kierunku gabinetu pielęgniarki. Nieziemsko bolał mnie prawy bark.
Co się stało? Nie miałam pojęcia. Klasa, przekrzykując się, opowiedziała mi.
Zemdlałam, siedząc na samym szczycie trybun. Przechyliłam się do przodu i po prostu spadłam. Wylądowałam na ławeczce, ale to nie koniec, przecież ja mam takie szczęście, że hoho. Na prawym nadgarstku miałam zapięty zegarek ćwiczącej koleżanki. Spadając (zielonkawa B. twierdziła, że spadałam koszmarnie, jak szmaciana lalka, a nie człowiek) zaczepiłam się tymże zegarkiem o róg tych cholernych trybun. Całym ciałem rąbnęłam o ławeczkę z metalu, ale ramię zostało szarpnięte do tyłu.
Nie mogłam tą ręką ruszać, pielęgniarki nie było, więc wuefista wypisał mi zwolnienie, usprawiedliwił i kazał jechać do szpitala.
Mam wybity bark, piękny siniak na obojczyku i mały guz na czole. Aha, no i ponadrywane mięśnie w tym barku. Właściwie: porozrywane. Według mojej lekarki, która na mój widok wytrzeszczyła oczy.
W sumie, jak na osobę, która spadła z jakichś pięciu, sześciu metrów, mam niewiele obrażeń. Lekarka wyglądała na przerażoną, gdy opowiedziałam jej ten przepiękny lot. Gdyby nie ten głupi zegarek (naturalnie zegarkowi nic nie było) miałabym tylko malutkiego guza.
Zajebiste szczęście, nie?
Wczoraj, siedząc na trybunach na WF-ie (przez te zemdlenia nie ćwiczę) czułam się całkiem nieźle. Czytałam sobie książkę, klasa grała w siatę. Akurat usadowiłam się na samej górze trybun (są 3 rzędy do siedzenia, a poniżej takie niskie, metalowe ławeczki). Obok mnie siedziała B. i F. B. nie ćwiczy, a F. (trzeci rok w tej klasie) nie ma stroju. Siedzę sobie i nagle zrobiło mi się czarno przed oczami, w ciągu klku sekund, jakby ktoś wyłączył światło. Otworzyłam oczy, siedziałam na podłodze sali gimnastycznej, klasa przestała grać i stała dookoła mnie z dziwnymi minami, a wuefista truchtem wybiegł z sali w kierunku gabinetu pielęgniarki. Nieziemsko bolał mnie prawy bark.
Co się stało? Nie miałam pojęcia. Klasa, przekrzykując się, opowiedziała mi.
Zemdlałam, siedząc na samym szczycie trybun. Przechyliłam się do przodu i po prostu spadłam. Wylądowałam na ławeczce, ale to nie koniec, przecież ja mam takie szczęście, że hoho. Na prawym nadgarstku miałam zapięty zegarek ćwiczącej koleżanki. Spadając (zielonkawa B. twierdziła, że spadałam koszmarnie, jak szmaciana lalka, a nie człowiek) zaczepiłam się tymże zegarkiem o róg tych cholernych trybun. Całym ciałem rąbnęłam o ławeczkę z metalu, ale ramię zostało szarpnięte do tyłu.
Nie mogłam tą ręką ruszać, pielęgniarki nie było, więc wuefista wypisał mi zwolnienie, usprawiedliwił i kazał jechać do szpitala.
Mam wybity bark, piękny siniak na obojczyku i mały guz na czole. Aha, no i ponadrywane mięśnie w tym barku. Właściwie: porozrywane. Według mojej lekarki, która na mój widok wytrzeszczyła oczy.
W sumie, jak na osobę, która spadła z jakichś pięciu, sześciu metrów, mam niewiele obrażeń. Lekarka wyglądała na przerażoną, gdy opowiedziałam jej ten przepiękny lot. Gdyby nie ten głupi zegarek (naturalnie zegarkowi nic nie było) miałabym tylko malutkiego guza.
Zajebiste szczęście, nie?
Tagi:
777777777777
Po całym tygodniu spędzonym w domu na chorowaniu, stwierdzam, że najchętniej wyjechałabym gdzieś... Gdzieś bardzo daleko. Bez nikogo. Najlepiej nad morze, pospacerowałabym sobie, odpoczęła...
A tu? Reszta rodziny czepia się muzyki: starsi, bo za głośno, Młoda, bo za ostra. A jedno wynika z drugiego- ostrej muzyki nie można słuchać cicho, bo traci swą charyzmę. (Ale tego fanka Hannah Monntana i Justina Biebera nie zrozumie- Młoda nie ma szans.) Czepiają się książek, któe czytam, bo "same fantastyczne i takie niepraktyczne". Bzdury. To, że lubię "Czerwoną piramidę" Ricka Riordana (tego od Percy'ego Jacksona) i inne fantastyczne książki, niczego nie dowodzi. Wgl z rodzinką mam na pieńku... Ciężko się dogadać. Chyba za długo siedzę w domu i jestem przyczyną burz. Normanie latam jak kot z pęcherzem, zajęcia dodatkowe, spotkania ze znajomymi, treningi. Nie ma mnie długo w domu, bo zostaję na kółkach. Wracam ok 15-16, zjadam obiad i zamykam się w pokoju. Uczę się do treningu, potem wyjazd na trening, powrót i do łóżka. Nic dziwnego, że są nieprzyzwyczajeni do mojego widoku.
Chciałabym wyjść z domu, pobiec przed siebie i nie musieć się oglądać za siebie...
A tu? Reszta rodziny czepia się muzyki: starsi, bo za głośno, Młoda, bo za ostra. A jedno wynika z drugiego- ostrej muzyki nie można słuchać cicho, bo traci swą charyzmę. (Ale tego fanka Hannah Monntana i Justina Biebera nie zrozumie- Młoda nie ma szans.) Czepiają się książek, któe czytam, bo "same fantastyczne i takie niepraktyczne". Bzdury. To, że lubię "Czerwoną piramidę" Ricka Riordana (tego od Percy'ego Jacksona) i inne fantastyczne książki, niczego nie dowodzi. Wgl z rodzinką mam na pieńku... Ciężko się dogadać. Chyba za długo siedzę w domu i jestem przyczyną burz. Normanie latam jak kot z pęcherzem, zajęcia dodatkowe, spotkania ze znajomymi, treningi. Nie ma mnie długo w domu, bo zostaję na kółkach. Wracam ok 15-16, zjadam obiad i zamykam się w pokoju. Uczę się do treningu, potem wyjazd na trening, powrót i do łóżka. Nic dziwnego, że są nieprzyzwyczajeni do mojego widoku.
Chciałabym wyjść z domu, pobiec przed siebie i nie musieć się oglądać za siebie...
Dzisiaj w szkole akcja niesamowita... Pod salę od hiszpana przyszedł wuefista i zaprowadził nas na korytarz "wuefowy" nakazując szybko się przebrać. Potem zarządził 60 minut nieustannego biegania.
Nie było tak źle... To znaczy na początku myślałam, że umrę, po 30 minutach straciłam czucie w nogach i w brzuchu (kolka). Niestety, po przebiegnięciu tych 60 minut odezwało się kilka czynników:
a) nieprzespana noc. Wczoraj jako skarbniczka musiałam załatwić sprawę i wróciłam do domu późno, przed 19-tą. Odrabianie lekcji zajęło mi mnóstwo czasu, nauka hiszpańskiego ponad godzinę, plus dwie i pół godziny łamania sobie głowy nad zadaniem z matmy. Spać poszłam po dwunastej, ale potem przypomniałam sobie o powtórzeniu arcydługiego wiersza na polski i łeb na poduszce położyłam dopiero o pierwszej trzydzieści.
b) brak śniadania. Rano, wskutek nieprzespanej nocy, wstałam późno i na śniadanie fizycznie zabrakło mi czasu. W locie wzięłam do szkoły kanapkę i uznałam beztrosko, że przecież zjem za 45 minut. A że potem wuefista nas zgarnął... Tego nie przewidziałam.
c) stres. Miałam ten tydzień obładowany kartkówkami, zaliczeniami, sprawdzianami.
d) ogólne osłabienie organizmu. Ostatnio przechodziłam infekcję, no a dodając do tego świetnie znaną paniom przypadłość...
Domyśliliście się już, co się stało? Tak, zemdlałam! Pamiętam tylko, że chwiałam się na nogach, a potem zrobiło mi się ciemno przed oczami. Trochę takie wrażenie, jakbym spała, najwyżej kilka sekund. Kiedy otworzyłam oczy, wuefista odpędzał moich mądrych kolegów, z których jeden gadał coś o reanimowaniu usta-usta, a drugi bełkotał o uciskaniu klatki piersiowej. Na szczęście wuefista wyrzucił z sali chłopaków i z pomocą D. zaciągnęli mnie do pielęgniarki. Dosłownie zaciągnęli, bo w drzwiach gabinetu znowu straciłam przytomność. Kurczę, na filmach to wygląda dużo fajniej, dziewczyna robi "ach" i romantycznie osuwa się do tyłu. Cóż, ja chyba nie umiem, bo obiłam sobie łokieć i żebra.
Pielęgniarka zmierzyła mi ciśnienie (za wysokie) i tętno (za wysokie) i temperaturę (za niska). W tym czasie do gabinetu przyniesiono moją koleżankę z klasy, K., która to podobno zasłabła na schodach. Pielęgniarka rozłożyła ręce i powiedziała, że musi już lecieć, bo jest w szkole tylko 8.30- 10.00. Zostawiła nas, prawie nieprzytomne, pod zamkniętym sekretariatem i pogalopowała w siną dal. A, razem ze mną i K. była jeszcze jedna, biedna dziewczyna, która dwa razy wymiotowała.
Wreszcie pojawiła się sekretarka, która litościwie pozwoliła nam wejść do sekretariatu i konać na fotelach, zamiast na podłodze. Zadzwoniła do naszych rodziców, ale na tym jej życzliwość się skończyła- a może cierpliwość? W każdym razie tamtą dziewczynę z innej klasy skrzyczała za zabrudzenie fotela. Jasne, w momencie, w którym wymiotujesz, musisz pamiętać, żeby nie brudzić fotela. Idiotka jakaś. Potem znowu zemdlałam i zsunęłam się z fotela (może ktoś mnie ściągnął, nie wiem, "obudziłam się" przy fotelu). Sekretarka od razu zrobiła się miła (widać ją wystraszyłam). Zrobiła nam herbaty i pozwoliła iść tamtej dziewczynie do łazienki.
Dzięki Bogu. Przespałam się, zjadłam 6 tostów, wypiłam hektolitry herbatki i mi lepiej.
Nie było tak źle... To znaczy na początku myślałam, że umrę, po 30 minutach straciłam czucie w nogach i w brzuchu (kolka). Niestety, po przebiegnięciu tych 60 minut odezwało się kilka czynników:
a) nieprzespana noc. Wczoraj jako skarbniczka musiałam załatwić sprawę i wróciłam do domu późno, przed 19-tą. Odrabianie lekcji zajęło mi mnóstwo czasu, nauka hiszpańskiego ponad godzinę, plus dwie i pół godziny łamania sobie głowy nad zadaniem z matmy. Spać poszłam po dwunastej, ale potem przypomniałam sobie o powtórzeniu arcydługiego wiersza na polski i łeb na poduszce położyłam dopiero o pierwszej trzydzieści.
b) brak śniadania. Rano, wskutek nieprzespanej nocy, wstałam późno i na śniadanie fizycznie zabrakło mi czasu. W locie wzięłam do szkoły kanapkę i uznałam beztrosko, że przecież zjem za 45 minut. A że potem wuefista nas zgarnął... Tego nie przewidziałam.
c) stres. Miałam ten tydzień obładowany kartkówkami, zaliczeniami, sprawdzianami.
d) ogólne osłabienie organizmu. Ostatnio przechodziłam infekcję, no a dodając do tego świetnie znaną paniom przypadłość...
Domyśliliście się już, co się stało? Tak, zemdlałam! Pamiętam tylko, że chwiałam się na nogach, a potem zrobiło mi się ciemno przed oczami. Trochę takie wrażenie, jakbym spała, najwyżej kilka sekund. Kiedy otworzyłam oczy, wuefista odpędzał moich mądrych kolegów, z których jeden gadał coś o reanimowaniu usta-usta, a drugi bełkotał o uciskaniu klatki piersiowej. Na szczęście wuefista wyrzucił z sali chłopaków i z pomocą D. zaciągnęli mnie do pielęgniarki. Dosłownie zaciągnęli, bo w drzwiach gabinetu znowu straciłam przytomność. Kurczę, na filmach to wygląda dużo fajniej, dziewczyna robi "ach" i romantycznie osuwa się do tyłu. Cóż, ja chyba nie umiem, bo obiłam sobie łokieć i żebra.
Pielęgniarka zmierzyła mi ciśnienie (za wysokie) i tętno (za wysokie) i temperaturę (za niska). W tym czasie do gabinetu przyniesiono moją koleżankę z klasy, K., która to podobno zasłabła na schodach. Pielęgniarka rozłożyła ręce i powiedziała, że musi już lecieć, bo jest w szkole tylko 8.30- 10.00. Zostawiła nas, prawie nieprzytomne, pod zamkniętym sekretariatem i pogalopowała w siną dal. A, razem ze mną i K. była jeszcze jedna, biedna dziewczyna, która dwa razy wymiotowała.
Wreszcie pojawiła się sekretarka, która litościwie pozwoliła nam wejść do sekretariatu i konać na fotelach, zamiast na podłodze. Zadzwoniła do naszych rodziców, ale na tym jej życzliwość się skończyła- a może cierpliwość? W każdym razie tamtą dziewczynę z innej klasy skrzyczała za zabrudzenie fotela. Jasne, w momencie, w którym wymiotujesz, musisz pamiętać, żeby nie brudzić fotela. Idiotka jakaś. Potem znowu zemdlałam i zsunęłam się z fotela (może ktoś mnie ściągnął, nie wiem, "obudziłam się" przy fotelu). Sekretarka od razu zrobiła się miła (widać ją wystraszyłam). Zrobiła nam herbaty i pozwoliła iść tamtej dziewczynie do łazienki.
Dzięki Bogu. Przespałam się, zjadłam 6 tostów, wypiłam hektolitry herbatki i mi lepiej.
Tagi:
hem hem hem
Kurczę, dzisiaj słaby dzień w szkole. Głowa mnie bolała strasznie, przez pierwsze trzy lekcje byłam warzywem. Rzeczywistość dotarła do mnie dopiero po czterech lekcjach. Pierwsza lekcja wgl była stracona bo matematycy nie było, ale przysłali do nas (klasy angielsko-hiszpańskiej) germanistkę. Genialne to było, jak ona do nas ćwierkała po niemiecku, a my oczy w słup i kopara do ziemi. Z hiszpańskiego dostałam 4+ i dobrze, że byłam wtedy nieprzytomna, bo chybabym się załamała psychicznie. Same piątki i szóstki i jedna 4+, uch! Zła byłam. Anglistka też zła, jakby obrażona na cały świat. Za to polonistka dzisiaj trochę bardziej wyluzowana, zamieniłam z nią kilka zdań i nie dostałam wnerwa. To dobrze świadczy. Inna sprawa, że przez te półtorej minuty wcisnęła mnie do dwóch konkursów... A, jakoś sobie dam radę.
Ostatnio piszę tylko o szkole i to przypomina suche notki w dzienniku pokładowym, ale w życiu osobistym nic się nie dzieje. Posucha.
Ostatnio piszę tylko o szkole i to przypomina suche notki w dzienniku pokładowym, ale w życiu osobistym nic się nie dzieje. Posucha.
Tagi:
czarne zeeeero
wielkie
Byłyśmy z dziewczynami więcej niż pewne, że chłopaki nic nie przygotowali, ale tym razem się postarali. Kiedy weszłyśmy do sali na każdej ławce leżała tabliczka czekolady, a chłopaki stali z naręczami tulipanów. Opisuję to na tyle dokładnie, bo o to się potem cała afera potoczyła. Na jednego chłopaka przypada w mojej klasie 5 lub 4 dziewczyny, więc każdy miał dać kwiatki kilku koleżankom. W moją stronę skoczył natychmiast B. i wręczył mi z życzeniami prześlicznego, białoróżowego tulipana. Zdążył odejść, kiedy podszedł do mnie wkurzony S. i zaczął mi wyrzucać, że przyjęłam kwiatka od B., a nie zaczekałam na niego. Miałam szczerą ochotę go spoliczkować. Usiadłam z nim na początku roku, bo nikogo tam nie znałam i wydawał mi się sympatyczny, ale nasze relacje stają się coraz gorsze. Odpowiedziałam mu, że nie jestem jego własnością i mogę przyjmować kwiatki, od kogo zechcę. Strzelił focha z przytupem i odszedł do n a s z e j ławki, do której musiałam się również udać. Przez resztę dnia był dla mnie mocno nieprzyjemny, ale nie pozostawałam mu dłużna. Absolutnie nie wiem, o co mu chodziło. To, że razem siedzimy (za co i tak cierpię) nie oznacza, że chodzimy ze sobą czy coś! Ja go już ledwo toleruję!
Ech, mam nadzieję, że chłopaki na Aikido coś wykombinują, jak co roku.
Nabrałam ostatnio nowego nawyku poszkolnego. Wchodzę do domu, galopem wpadam do pokoju i wygrzebuję zdjęcie mojej przyjaciółki z podstawówki. Wiem, że się nie odzywa i o mnie nie pamięta, ale lubię się popatrzeć na zdjęcie. Zwłaszcza, że robię się coraz bardziej samotna. S. szaleje ze złości, ona się nie odzywa, zostały mi koleżanki ze szkoły albo Ag...
Co Wam będę przynudzać. Wszystkiego najlepszego dla wszystkich kobiet z bloblo. Reprezentujmy godnie naszą płeć piękną!
Ech, mam nadzieję, że chłopaki na Aikido coś wykombinują, jak co roku.
Nabrałam ostatnio nowego nawyku poszkolnego. Wchodzę do domu, galopem wpadam do pokoju i wygrzebuję zdjęcie mojej przyjaciółki z podstawówki. Wiem, że się nie odzywa i o mnie nie pamięta, ale lubię się popatrzeć na zdjęcie. Zwłaszcza, że robię się coraz bardziej samotna. S. szaleje ze złości, ona się nie odzywa, zostały mi koleżanki ze szkoły albo Ag...
Co Wam będę przynudzać. Wszystkiego najlepszego dla wszystkich kobiet z bloblo. Reprezentujmy godnie naszą płeć piękną!
Tagi:
-
No więc:
nic się nie wydarzyło.
Oprócz tego, że ludzie mnie olewają i odzywają się, gdy czegoś potrzebują... No to jest spoko. Tylko ludzie z treningów Aikido są ze mną w stałym kontakcie, nawet ci, których spotykam raz na rok czy dwa razy na rok. Fajnie.
Jutro trening. Dzięki Bogu.
Machnęłam rysunek na plastykę, ale niezbyt wyszedł. Miałam narysować co innego, ale kolega ukradł mój pomysł, więc musiałam wykombinować coś innego. A gdy Samurajka kombinuje... Lepiej uciekać.
nic się nie wydarzyło.
Oprócz tego, że ludzie mnie olewają i odzywają się, gdy czegoś potrzebują... No to jest spoko. Tylko ludzie z treningów Aikido są ze mną w stałym kontakcie, nawet ci, których spotykam raz na rok czy dwa razy na rok. Fajnie.
Jutro trening. Dzięki Bogu.
Machnęłam rysunek na plastykę, ale niezbyt wyszedł. Miałam narysować co innego, ale kolega ukradł mój pomysł, więc musiałam wykombinować coś innego. A gdy Samurajka kombinuje... Lepiej uciekać.
Ostatnio Was troszkę zaniedbałam, pomijając ostatnie dwie notki. Po prostu pochłonął mnie ten okropny potwór zwany Ambicją. Ambicja kazała mi się przyłożyć do nauki, żeby mieć lepszą średnią, niż na semestr. Rozum kazał się posłuchać Ambicji i spacyfikował Serce, które wolałoby spotkać się z Ag. albo potrenować trochę Aikido. W rezultacie wyniki szkolne troszkę podskoczyły do góry (ale zaskakująco mało, jak na taką ilość nauki). Za to triumfy odnoszę na językach. Angielski idzie mi jak po maśle ze względu na czytanie angielskich książek i oglądanie angielskich filmów, a hiszpański robi się coraz łatwiejszy dzięki dobremu nauczycielowi i słuchaniu hiszpańskiego w domu. Gorzej z gegrą. Nie ogarniam tego przedmiotu. Po prostu kiedy widzę nauczycielkę, najchętniej schowałabym się pod ławkę. Kobieta jest jedyną osobą w całym moim życiu, której się autentycznie boję (może poza panem od muzyki, ale on się do mnie ostatnio u ś m i e c h n ą ł, tak, naprawdę). Przez to chyba nie podciągnę tej czwórki... Ech.
Dobra, ludzie, mamy długo wyczekiwany WEEKEND! Samurajka czeka na niego od pięciu dni;-) I przez te dwa dni musi się solidnie poduczyć. Te postanowienia jak zwykle skończą się oglądaniem Bleacha plus podjadaniem Ptasiego Mleczka... Ale nie, tym razem się zmobilizuję. Mam kupę rzeczy na głowie. Konkurs z fizyki, konkurs z biologii, konkurs polonistyczny oraz normalne lekcje. Wczoraj byłam w podłym humorze, ale Ag. mnie wyciągnęła z dołka. Dzięki!
Dobra, ludzie, mamy długo wyczekiwany WEEKEND! Samurajka czeka na niego od pięciu dni;-) I przez te dwa dni musi się solidnie poduczyć. Te postanowienia jak zwykle skończą się oglądaniem Bleacha plus podjadaniem Ptasiego Mleczka... Ale nie, tym razem się zmobilizuję. Mam kupę rzeczy na głowie. Konkurs z fizyki, konkurs z biologii, konkurs polonistyczny oraz normalne lekcje. Wczoraj byłam w podłym humorze, ale Ag. mnie wyciągnęła z dołka. Dzięki!
Tagi:
hue hue hue
Odpowiedź na pytanie Devil Kiss: zazwyczaj z nadzieniem truskawkowym lub malinowym, ale są przechowywane w takich hermetycznie zamykanych "torebeczkach" i dzięki temu w południe nie są obeschnięte i niesmaczne.
Co do stawiania na swoim: w tym temacie mam talent.
Dzisiaj na religii zapadłam w tak głęboki letarg (wyprostowana, nad zeszytem, ze wzrokiem wbitym w kartkę zeszytu), że nie wiem, o czym była lekcja. To znaczy zapisałam temat, ale babka zawsze tak wybiega daleko, że w sumie to już nic nie wiem.
Na WDŻ babka mówiła coś o powiększaniu swojej rodziny i związaną z tym odpowiedzialnością. Mieliśmy takich pogadanek milion pięćset sto dziewięćset (ona nie zna wielu tematów...) więc cała klasa już spała, z głowami na stolikach, jeszcze tylko ja i dwie moje koleżanki dzielnie się trzymałyśmy. Padłam, gdy baba stwierdziła, że "dzieci są nieekonomiczne". Wymieniłam wtedy spojrzenia z dziewczynami i równocześnie opuściłyśmy głowy na stoliki. Dobranoc.
Fajnie było, bo wyspałam się przed moją ukochaną fizyką i dowiedziałam się, że dostałam szósteczkę. Super. Na matmie też mi poszło. Piątka ze sprawdzianu. Hehe.
Co do stawiania na swoim: w tym temacie mam talent.
Dzisiaj na religii zapadłam w tak głęboki letarg (wyprostowana, nad zeszytem, ze wzrokiem wbitym w kartkę zeszytu), że nie wiem, o czym była lekcja. To znaczy zapisałam temat, ale babka zawsze tak wybiega daleko, że w sumie to już nic nie wiem.
Na WDŻ babka mówiła coś o powiększaniu swojej rodziny i związaną z tym odpowiedzialnością. Mieliśmy takich pogadanek milion pięćset sto dziewięćset (ona nie zna wielu tematów...) więc cała klasa już spała, z głowami na stolikach, jeszcze tylko ja i dwie moje koleżanki dzielnie się trzymałyśmy. Padłam, gdy baba stwierdziła, że "dzieci są nieekonomiczne". Wymieniłam wtedy spojrzenia z dziewczynami i równocześnie opuściłyśmy głowy na stoliki. Dobranoc.
Fajnie było, bo wyspałam się przed moją ukochaną fizyką i dowiedziałam się, że dostałam szósteczkę. Super. Na matmie też mi poszło. Piątka ze sprawdzianu. Hehe.
Tagi:
n.i.c.
W szkole niezbyt dużo nauki, chociaż ostatnio to się zaskakująco ładnie prześlizguję:-)nikt mnie nie pyta, kartkówki jakoś w ostatniej chwili odwołują, żyć nie umierać. Jutro za to pewnie wiedźma od polaka mnie weźmie do odpowiedzi... Mam takie przeczucie.
Oprócz tego jakieś 98% świata ma mnie głęboooko w nosie. Oprócz Ag. (która jest przy mnie zawsze) i B. (którą poznałam niedawno, ale jestem jej ogromnie wdzięczna za coś i dziękuję) to może niektórzy z Was, bloblowicze, zwracacie na mnie uwagę (KuroNeko, Devil-Kiss...)... A tak to wszyscy mają mnie gdzieś. Nikt się mną nie przejmuje, nawet własna rodzina, przeżywając własne "dramaty". Dzisiaj rano urządzili taką awanturę, że ogłosiłam strajk. O siódmej poinformowałam otoczenie, że:
a)nikt nie zejdzie ani nie wejdzie po schodach, bo ja na nich stoję i nikogo nie przepuszczę
b) nie wezmę nic do ust, jeśli się natychmiast nie uspokoją.
Ze stanowiska na schodach, którego bardzo dzielnie broniłam, zeszłam dopiero o siódmej trzydzieści (i prawie się spóźniłam do szkoły). Natomiast nic nie zjadłam, no i niestety był to strzał samobójczy. Na szczęście w szkole jest sklepik z bardzo smacznymi pączkami. W ciągu dnia dostałam smsy z przeprosinami od kochanej rodzinki i obiad już zjadłam. Takie jazdy tylko u mnie w domu;-)
Oprócz tego jakieś 98% świata ma mnie głęboooko w nosie. Oprócz Ag. (która jest przy mnie zawsze) i B. (którą poznałam niedawno, ale jestem jej ogromnie wdzięczna za coś i dziękuję) to może niektórzy z Was, bloblowicze, zwracacie na mnie uwagę (KuroNeko, Devil-Kiss...)... A tak to wszyscy mają mnie gdzieś. Nikt się mną nie przejmuje, nawet własna rodzina, przeżywając własne "dramaty". Dzisiaj rano urządzili taką awanturę, że ogłosiłam strajk. O siódmej poinformowałam otoczenie, że:
a)nikt nie zejdzie ani nie wejdzie po schodach, bo ja na nich stoję i nikogo nie przepuszczę
b) nie wezmę nic do ust, jeśli się natychmiast nie uspokoją.
Ze stanowiska na schodach, którego bardzo dzielnie broniłam, zeszłam dopiero o siódmej trzydzieści (i prawie się spóźniłam do szkoły). Natomiast nic nie zjadłam, no i niestety był to strzał samobójczy. Na szczęście w szkole jest sklepik z bardzo smacznymi pączkami. W ciągu dnia dostałam smsy z przeprosinami od kochanej rodzinki i obiad już zjadłam. Takie jazdy tylko u mnie w domu;-)
Tagi:
.
No dobra, Samurajka wróciła i jest gotowa zdać raport!
Obóz świetny. Jak zwykle zresztą. Ludzie jak zwykle cudowni (z wyjątkiem jednego jełopa) i bardzo sympatyczni, dobrze było ich znowu zobaczyć. Nasza paczka mocno wybrakowana, z chłopaków był tylko jeden, niestety, w dodatku ten najbardziej mrukliwy. Na szczęście była A., K., M., i K. oraz Ag., którą bezsprzecznie przyjęłyśmy do paki. Podczas ostatniego półrocza sporo się wydarzyło, np ja, M. i K. odkryłyśmy anime (wszystkie Bleach'a) i był to nasz ukochany temat. Dzięki Ag. (nie zapomnimy Ci tego!) miałyśmy dostęp do Internetu, a więc i do odcinków. Problem polegał na tym, że w ciągu dnia nie miałyśmy czasu nawet pomyśleć o obejrzeniu czegokolwiek (8 treningów dziennie, bardzo wyczerpujących, a na 6 z nich musieliśmy iść pieszo 5 km w jedną stronę). Dlatego też A. wpadł do głowy zaiste genialny pomysł, jakim były seanse w... nocy! Wychowawcy nie bardzo zajmowali się starszymi obozowiczami (kwalifikowałam się do starszych, tak, tak) więc po 23 (cisza nocna została przesunięta ze względu na późne treningi) po cichutku przemykałyśmy się do jednego pokoju i oglądałyśmy zazwyczaj dwa, trzy odcinki, wymieniałyśmy poglądy i szłyśmy spać. Zajmowało nam to godzinkę do półtorej, ale rano na taiso i tak byłyśmy dość żywotne. Potem obóz opanowały dwie epidemie jedna po drugiej (jak 3/4 ludzi, przeszłam obie choroby) ale i tak było spoko. Siniaków mam mnóstwo i wszystkie na razie fioletowe. Obtarcia się goją. Jest całkiem spoko. Kocham te obozy.
Obóz świetny. Jak zwykle zresztą. Ludzie jak zwykle cudowni (z wyjątkiem jednego jełopa) i bardzo sympatyczni, dobrze było ich znowu zobaczyć. Nasza paczka mocno wybrakowana, z chłopaków był tylko jeden, niestety, w dodatku ten najbardziej mrukliwy. Na szczęście była A., K., M., i K. oraz Ag., którą bezsprzecznie przyjęłyśmy do paki. Podczas ostatniego półrocza sporo się wydarzyło, np ja, M. i K. odkryłyśmy anime (wszystkie Bleach'a) i był to nasz ukochany temat. Dzięki Ag. (nie zapomnimy Ci tego!) miałyśmy dostęp do Internetu, a więc i do odcinków. Problem polegał na tym, że w ciągu dnia nie miałyśmy czasu nawet pomyśleć o obejrzeniu czegokolwiek (8 treningów dziennie, bardzo wyczerpujących, a na 6 z nich musieliśmy iść pieszo 5 km w jedną stronę). Dlatego też A. wpadł do głowy zaiste genialny pomysł, jakim były seanse w... nocy! Wychowawcy nie bardzo zajmowali się starszymi obozowiczami (kwalifikowałam się do starszych, tak, tak) więc po 23 (cisza nocna została przesunięta ze względu na późne treningi) po cichutku przemykałyśmy się do jednego pokoju i oglądałyśmy zazwyczaj dwa, trzy odcinki, wymieniałyśmy poglądy i szłyśmy spać. Zajmowało nam to godzinkę do półtorej, ale rano na taiso i tak byłyśmy dość żywotne. Potem obóz opanowały dwie epidemie jedna po drugiej (jak 3/4 ludzi, przeszłam obie choroby) ale i tak było spoko. Siniaków mam mnóstwo i wszystkie na razie fioletowe. Obtarcia się goją. Jest całkiem spoko. Kocham te obozy.
Tagi:
raport
Uwaga, uwaga!
Ważne ogłoszenie: Samurajka wyjeżdża na obóz sportowy (tak, to jej ukochane Aikido) i w dniach 12-19 lutego brak notek czy jakiegokolwiek znaku życia. Powodem jest zamiłowanie Samurajki do "masochizmu" i uczęszczanie na 8 treningów dziennie. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam.
P.S. Przegapię Walentynki, których szczerze nienawidzę. Jednak tym, którzy umieją je lubić i mają powód, aby je lubić, życzę wszystkiego najlepszego. A tym, którzy, jak ja, nie lubią tego święta, życzę jak najmniej idiotycznych reklam na ten temat i powodów do polubienia 14 lutego.
Ważne ogłoszenie: Samurajka wyjeżdża na obóz sportowy (tak, to jej ukochane Aikido) i w dniach 12-19 lutego brak notek czy jakiegokolwiek znaku życia. Powodem jest zamiłowanie Samurajki do "masochizmu" i uczęszczanie na 8 treningów dziennie. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam.
P.S. Przegapię Walentynki, których szczerze nienawidzę. Jednak tym, którzy umieją je lubić i mają powód, aby je lubić, życzę wszystkiego najlepszego. A tym, którzy, jak ja, nie lubią tego święta, życzę jak najmniej idiotycznych reklam na ten temat i powodów do polubienia 14 lutego.
Tagi:
pozdro
Oglądam anime i się uczę. Tak minął weekend. W poniedziałek załatwiłam sobie palec wskazujący prawej ręki- jeden staw zwichnięty, a drugi tylko wybity, ale już jest lepiej. Zresztą, bandaż mnie wkurzał. Znajoma złamała ostatnio nos (bynajmniej nie na treningu) a druga kostkę.
Co za życie.
Co za życie.
Tagi:
---
Napisałam bajkę (nie tą z miłością, chociaż i tutaj muska się ten temat). To taka bajeczka, która napisałam "jedną ręką" na klawiaturze, nie spodziewajcie się nie wiadomo czego. Miłego czytania.
DOLINA DOBREGO LIŚCIA
Pomiędzy Wzgórzem Dobrej Wieści a Pagórkiem Złotego Liścia znajduje się dolina. Po długich sporach pomiędzy elfimi rodami nazwano ją Doliną Dobrego Liścia. Nazwy, ustanowione od wieków, nigdy nie miały potrzeby, aby się zmienić. Zresztą, elfowie nie lubią zmian. To można łatwo dostrzec, przewracając karty ich historii. Długowieczni, mieli niewielu władców (czemu trudno się dziwić, skoro jeden z nich mógł panować i tysiąc lat) oraz mało bitew.
Jeśli jednak zatrzymamy się w czasie w roku 378 panowania elfa o imieniu niemożliwym do wymówienia, a tłumaczonym jako Chyży Wiatr, zobaczymy bitwę. Jedną z największych. Podczas niej Dolina Dobrego Liścia wygląda zupełnie nieadekwatnie do swojej nazwy. Z cienkich przesmyków po jej bokach lały się wrogie wojska, z jednej strony elfów, z drugiej gnomów i krasnoludów. Wojska ścierały się mniej więcej w połowie Doliny, której słynną, soczyście zieloną trawę zaścielały trupy i krew. Krew też była ohydna, przynajmniej u gnomów i krasnoludów. Miała kolor starego błota, brązowoszara i lepka. Mieszała się ze srebrzystą krwią elfów, tworząc dziwne obrazy.
W samym centrum bitwy znajdował się król elfów, otoczony swoimi najwierniejszymi wojownikami. Chyży Wiatr miał jasnorude, długie do ramion loki, ciemną skórę (jak na elfa, w rzeczywistości bardzo jasną, jak dla człowieka) i niepewne spojrzenie. Właśnie to spojrzenie skusiło władcę krasnoludów, Ghughunga, do zawarcia sojuszu z gnomami i zaatakowania elfów.
Jednak jego wojownicy w najmniejszym stopniu nie mieli niepewnych spojrzeń. Było ich czterech. Pierwszy z nich, o imieniu niemożliwym do wymówienia dla człowieka, był nazywany Dębem, co było luźnym tłumaczeniem jego imienia. Według elfów jego imię znaczyło tyle, co „dąb”, ale też „potężny”, „postawny”, „mocny”. Doskonale to do niego pasowało. Wysoki, mierzący trochę ponad dwa metry (wzrost wysoki nawet dla elfa), potężnie zbudowany. Miał ciemne, prawie brązowe włosy, ścięte krótko przy skórze. W żelaznej tunice wojownika, bez wytchnienia uderzał w przeciwników toporem i ciężkim mieczem.
Obok niego popisywał się swoimi umiejętnościami Jatya. Chudy, niepozorny elf mierzył metr sześćdziesiąt pięć (wynik śmieszny dla elfa) i miał trochę bardziej zapuszczone włosy identycznego koloru, co Dąb. Tylko uważny obserwator stwierdziłby, ze byli braćmi, tak wielka była różnica między Dębem a Jatyą. Młodszy z braci, Jatya, operował lżejszym mieczem i niewielką maczugą, którą jednak zadawał celne ciosy. Jako jedyną ochronę miał cienki pancerz.
Po drugiej stronie skulonego na koniu Chyżego Wiatru wybijał wrogów Urwer. Elf miał ciemnorude, długie włosy, które splótł w warkocz, sięgający połowy pleców. Ubrany tylko w skórzany strój do walki, sprawnie wywijał ciężkim mieczem. Na plecach miał też zawieszony długi łuk. Jego jasna skóra wydawała się jeszcze jaśniejsza przy ognistym kolorze włosów. Miał zmarszczone brwi i minę kogoś, kto musi zrobić to, czego nie lubi. Miał około metra osiemdziesięciu.
Obok Urwera walczyła dorównująca mu wzrostem Lalaíth. Elfka miała długie, rozpuszczone, luźne złote loki, białą jak mleko skórę i przenikliwe, zielone oczy. Skupiona na walce, ubrana w skórzany strój bojowy. Używała w walce stosunkowo cienkiego i lekkiego miecza (cięższego niż ten, którego używał Jatya), a na plecach, podobnie, jak Urwer, miała łuk.
Szczęk broni zagłuszał wrzaski pokonanych, jednak walczący obok siebie żołnierze słyszeli się w miarę dobrze.
-Jeżeli Rogne jeszcze raz zostanie na tyle…- Zaczął groźnie Dąb, ale reszta jego słów utonęła w bitewnym zgiełku. Zapewne na szczęście, bowiem postawny elf nie liczył się często ze słowami.
-Jeden mniej czy więcej- wzruszył ramionami Jatya. Pomimo cherlawej postawy, w boju był świetny, opanowany i skuteczny.
-Mógłby ochraniać króla od tyłu- zauważył Urwer. Słysząc to, Chyży Wiatr drgnął nerwowo i obejrzał się. Dopiero teraz zrozumiał, że jest odsłonięty od tyłu. Jego koń się nie poruszył, ale władca zaczął drżeć.
Wojownicy wymienili spojrzenia, wspominając poprzedniego króla, ojca Chyżego Wiatru. Ten odważny, stanowczy mężczyzna nigdy nie stałby bezczynnie na koniu podczas walki. A gdyby usłyszał, że jest odsłonięty od tyłu, obróciłby się i rzucił w wir walki.
Lalaíth miała najlepszą pozycję, pozwalającą widzieć prawie całe pole walki.
-Ghughung się wycofuje- poinformowała pozostałych.
-To się i tak skończy najwcześniej za jakąś godzinę, może dwie- zawyrokował Urwer, odcinając głowę jakiemuś krasnoludowi. Trysnęła mętna posoka i najbliżej stojący odruchowo się uchylili.
Król wydał z siebie jęk. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Chyży Wiatr otulił się swoim jedwabnym, królewskim płaszczem i pomyślał, że nigdy nie powinien zostać królem. Gdyby nie to, że zmarła jego starsza siostra, byłby teraz może hrabią, bo to ona odziedziczyłaby tytuł ich ojca. Spróbował nie myśleć, gdzie się znajduje, ale nie było to proste, bo jego wszelkie myśli nieomal zagłuszały jęki, krzyki, wrzaski rannych i umierających. Nie chcąc myśleć, ilu z tychże jest elfami, zacisnął powieki.
Bitwa, jak powiedział Urwer, skończyła się po godzinie i kilkunastu minutach. Wówczas ostatni żywy krasnolud czy gnom zniknął z pola walki. Wynik był jednoznaczny i oznaczał zwycięstwo elfów.
Przyszedł czas na „Żałobny Spacer”, jak nazywali go elfowie (a polegał on na zbieraniu i identyfikowaniu ciał zmarłych) jednak król wymówił się złym samopoczuciem i wraz ze swoimi najbardziej zaufanymi wojownikami udał się do obozu, rozbitego za Pasmem Wzgórz Bezlistnego Drzewa.
Podczas jazdy dołączył do nich Rogne, przepraszając za nieobecność podczas walki. Elfowie jechali w milczeniu, wpatrując się w krętą, kapryśną drogę.
-Stokroć przeklęta zaraza, która zmogła Eveye- odezwał się wreszcie Chyży Wiatr.- Gdyby nie to, ona zasiadałaby na tronie naszych przodków, dzierżąc w dłoni berło odpowiedzialności.
Nikt nie odpowiedział. Dąb, Jatya, Rogne, Urwer i Lalaíth byli starsi od króla i pamiętali jego siostrę i nawet jego ojca. Żadne z nich nie chciało jednak przyznać, że Eveye byłaby lepszą władczynią.
-Ona też zapewne nie przystałaby na żądania króla krasnoludów, Ghughunga- ciągnął król. Zanim do pozostałych dotarła treść jego słów, odwrócił się na koniu, wyciągając z ozdobnej pochwy miecz.
Wojownicy zamarli.
-Ty, nasz król, chcesz nas zdradzić?- Zapytał z niedowierzaniem Dąb.
-Zdrada z rąk samego władcy kiepsko wygląda- potwierdził Jatya.
-Nie obchodzi mnie, jak wygląda!- W oczach Chyżego Wiatru pojawiło się to, co ludzie nazywają szaleństwem lub obłędem.- Obchodzi mnie to, że dzięki tej umowie Ghughung mnie nie zabił podczas walki! Zabronił swoim sprzymierzeńcom mnie zabić! Zabronił zabić moją żonę!
-Czemu uważasz, że możesz nas pokonać w walce?- Zainteresował się Rogne. Zaskakująco spokojny elf mierzył spojrzeniem władcę. Ten poruszył niezdarnie mieczem.
-Może i nie mam waszych umiejętności- przyznał po chwili prawie z żalem.- Jednak jesteście spętani tym, czym są spętani wszyscy wojownicy elfów: lojalnością. Nie zrobicie mi krzywdy tylko dlatego, że jestem waszym królem i synem Chyżego Lisa!
Miecz ze świstem przeciął powietrze. Jatya uniósł ręce, chcąc zablokować cios, ale w tym momencie z jego oka wypłynęła łza. Nawet nie spróbował sparować ciosu, ale przyjął cios w klatkę piersiową.
To nie był ładny cios. Był niezręczny, zbyt wolny i nieprofesjonalny. Jednak widząc go, pozostali rozpierzchli się na boki, skracając w dłoniach lejce konne.
Chyży Wiatr zbliżył się do Dęba, który, rozwścieczony widokiem pokonanego brata, zamachnął się toporem. Przerwał ruch tuż przed szyją króla. W następnej chwili to miecz króla zatopił się w jego szyi, zrzucając go z konia.
Rozpalony szaleństwem władca szarpnięciem uzdy znalazł się przy Urwerze. Zanim jednak zdążył zadać cios, od tyłu zaszedł go Rogne. Śmiertelny cios władcy dosięgnął do w skroń.
Na polu „bitwy” pozostali Lalaíth i Urwer. Nie powtarzając błędu pozostałych, trzymali się razem, unikając ataków króla, który, rozdrażniony, popełniał coraz większe błędy w szermierce. Jednak miał rację- żaden dobry żołnierz nie zaatakowałby swojego pana. To przeczyłoby wszelkiej istocie elfich żołnierzy.
Lalaíth uważnie obserwowała technikę walki Chyżego Wiatru. Robiła to zawsze i zazwyczaj pozwalało jej to zwyciężyć. W przypadku tego władcy nie miało to jednak sensu. Król nie miał żadnej techniki walki. Machał mieczem tak, jak to wypracował u niego ciężko nauczyciel szermierki. Na odlew, licząc na swoją siłę (zabawne) i szczęście. Wywijał mieczem, byleby wywijać i czuć się silnym.
Urwer spróbował zaatakować władcę, ale stwierdził, że zupełnie bezwiednie na końcu zboczył mieczem w lewo. Chyży Wiatr zaśmiał się.
Od prawej pojawiła się Lalaíth. Zrezygnowała już z miecza i wyjęła zza paska cienki, srebrny sztylet. Nim ktokolwiek dostrzegł, co zamierza, cisnęła nim w kierunku króla.
Sztylet trafił w nogę konia. Zwierzę zarżało cicho, po czym zaczęło ześlizgiwać się po wzgórzu, po nagich skałach, w kierunku przepaści. Urwer triumfalnie krzyknął. Lalaíth wytrąciła miecz z rąk Chyżego Wiatru, po czym zeskoczyła lekko z konia, łapiąc króla za nadgarstki. Wciągnęła go na skałę. W tym czasie Urwer szarpał za uzdę konia, usiłując ratować i zwierzę.
Podczas gdy Urwer krępował ręce króla- zdrajcy, Lalaíth nachylała się nad poległymi. Żadne z nich nie żyło, ani Rogne, ani Dąb, ani Jatya. Lalaíth wyprostowała się z twarzą zmienioną gniewem. Irytowały ją bezsensowne śmierci, była nimi znudzona. Spojrzała się w oczy króla z pogardą.
-Lalaíth, jesteś może i najlepiej walczącą kobietą w całym kraju- odezwał się władca, nie zważając na strużkę krwi, płynącą z rozciętej wargi (prawdopodobnie podczas zsuwania się po skale uderzył się ręką).- Lecz z pewnością mogę rzec, iż nie najbardziej wścibską. Nigdy nie interesowało cię, kim są twoi rodzice?
-Moi rodzice nie żyją- odparła Lalaíth z chłodną nienawiścią i wskoczyła lekko na konia. Urwer wsadził króla na jego konia i, trzymając uzdę, wsiadł na własnego.
-Bynajmniej, Lalaíth- na twarzy Chyżego Wiatru pojawił się okropny uśmieszek.- Ja jestem twoim ojcem.
Urwer nerwowo spojrzał się z towarzyszki na dowódcę, po czym zdecydował, że najlepiej będzie udawać, iż nic nie słyszał. Przycisnął pięty do boków swojego konia i ten ruszył. Po chwili do kroków jego wierzchowca dostosowały się też konie Lalaíth i Chyżego Wiatru.
Przez całą drogę Lalaíth nie odezwała się ani słowem. Jechała w milczeniu, wpatrzona w grzbiet swojego konia.
Po przyjeździe do zamku oddali króla w ręce ministrów. Kara za zdradę była jedna, najgorsza dla każdego elfa- dożywotnia banicja. Zarazem władza w państwie przeszła w ręce Lalaíth.
Po odczytaniu wyroku dla Chyżego Wiatru były król odjechał w asyście kilkunastu swoich poddanych, którzy mieli doprowadzić go do granicy, zostawić w określonej gospodzie i wrócić.
Ten sam urzędnik, który odczytywał wyrok dla Chyżego Wiatru, mianował Lalaíth księżniczką elfów.
-… Przyrzekamy jej wierność, oddanie i ogólne uwielbienie…- Odczytywał nieco monotonnym głosem urzędnik, stojąc wyprostowany jak struna. Obok niego stała nieruchomo Lalaíth, ubrana w szerokie, fioletowe szaty, z rozpuszczonymi, długimi lokami. Rozmyślała o wygnanym ojcu, o jego słabości. Zastanawiała się, jak sobie poradzi z rządzeniem państwem.
-… I życzymy jej wielu tysięcy lat panowania…- Urzędnik dalej odczytywał słowa, wypisane dawno temu na długim zwoju.
Urwer, stojący w tłumie rycerzy, nie do końca słuchał urzędnika, prowadzącego ceremonię. Wpatrywał się w rozświetloną słońcem sylwetkę nowej księżniczki elfów.
-… Na mocy zgody całego ludu, królewskiej krwi wybranki i mego urzędu przyznaję Lalaíth tytuł księżniczki elfiego królestwa i nadaję jej przydomek Waleczna. Okres jej panowania zyskuje nazwę „Feniks”. Uzasadnienie mówi, iż jak feniks naradza się z popiołów, tak nam zesłano nową władczynię z popiołu zdrady…- Ciągnął nieubłaganie urzędnik, podczas gdy drugi wyjął z pudełka diadem i włożył go na głowę klęczącej Lalaíth.
Lalaíth nie była długo księżniczką. Zaledwie dwie elfie pory roku później poślubiła oficjalnie Urwera i stała się królową. Zgodnie z panującym u elfów prawem, to ona trzymała w ręku całe państwo, nie Urwer (elfy ponad wszystko stawiają krew i to dziedziczka królewskiego rodu mogła władać krajem). Dzięki wrodzonej inteligencji Lalaíth nie miała problemów z rozwiązywaniem konfliktów. W czasie jej panowania wybuchła jedna, krótka bitwa, którą wygrali. Lalaíth miała jedną córkę i jednego syna. Jeszcze podczas jej życia jej starsze dziecko, córka, znalazła sobie męża (zakochała się na śmierć, ale Lalaíth i Urwer, mając w pamięci własną młodość, rozumieli ją), jednego z rycerzy elfów. Gdy kilka lat później syn królewskiej pary pojął za żonę córkę hrabiego, przyszłość rodu była zapewniona. Dwa lata po narodzinach wnuczki odeszła Lalaíth, a umęczony tęsknotą Urwer niedługo do niej dołączył (tydzień później). Starsza córka Lalaíth, o imieniu Maía, została królową. Ród, nazywany po wsze elfie czasy rodem Feniksa, przetrwał wiele milionów lat.
koniec
I co? Wiem, trochę jak bajka na dobranoc, ale w moich poprzednich opowiadaniach lało się sporo krwi i było mnóstwo okrucieństwa, więc tym razem możliwie złagodziłam wszelkie sceny walki (niestety, aby zdrada Chyżego była dość wielka, musiałam mu pozwolić zabić Jatyę, Rogne' a i Dęba). Spróbuję napisać też może opowiadanie bazujące na tym.
DOLINA DOBREGO LIŚCIA
Pomiędzy Wzgórzem Dobrej Wieści a Pagórkiem Złotego Liścia znajduje się dolina. Po długich sporach pomiędzy elfimi rodami nazwano ją Doliną Dobrego Liścia. Nazwy, ustanowione od wieków, nigdy nie miały potrzeby, aby się zmienić. Zresztą, elfowie nie lubią zmian. To można łatwo dostrzec, przewracając karty ich historii. Długowieczni, mieli niewielu władców (czemu trudno się dziwić, skoro jeden z nich mógł panować i tysiąc lat) oraz mało bitew.
Jeśli jednak zatrzymamy się w czasie w roku 378 panowania elfa o imieniu niemożliwym do wymówienia, a tłumaczonym jako Chyży Wiatr, zobaczymy bitwę. Jedną z największych. Podczas niej Dolina Dobrego Liścia wygląda zupełnie nieadekwatnie do swojej nazwy. Z cienkich przesmyków po jej bokach lały się wrogie wojska, z jednej strony elfów, z drugiej gnomów i krasnoludów. Wojska ścierały się mniej więcej w połowie Doliny, której słynną, soczyście zieloną trawę zaścielały trupy i krew. Krew też była ohydna, przynajmniej u gnomów i krasnoludów. Miała kolor starego błota, brązowoszara i lepka. Mieszała się ze srebrzystą krwią elfów, tworząc dziwne obrazy.
W samym centrum bitwy znajdował się król elfów, otoczony swoimi najwierniejszymi wojownikami. Chyży Wiatr miał jasnorude, długie do ramion loki, ciemną skórę (jak na elfa, w rzeczywistości bardzo jasną, jak dla człowieka) i niepewne spojrzenie. Właśnie to spojrzenie skusiło władcę krasnoludów, Ghughunga, do zawarcia sojuszu z gnomami i zaatakowania elfów.
Jednak jego wojownicy w najmniejszym stopniu nie mieli niepewnych spojrzeń. Było ich czterech. Pierwszy z nich, o imieniu niemożliwym do wymówienia dla człowieka, był nazywany Dębem, co było luźnym tłumaczeniem jego imienia. Według elfów jego imię znaczyło tyle, co „dąb”, ale też „potężny”, „postawny”, „mocny”. Doskonale to do niego pasowało. Wysoki, mierzący trochę ponad dwa metry (wzrost wysoki nawet dla elfa), potężnie zbudowany. Miał ciemne, prawie brązowe włosy, ścięte krótko przy skórze. W żelaznej tunice wojownika, bez wytchnienia uderzał w przeciwników toporem i ciężkim mieczem.
Obok niego popisywał się swoimi umiejętnościami Jatya. Chudy, niepozorny elf mierzył metr sześćdziesiąt pięć (wynik śmieszny dla elfa) i miał trochę bardziej zapuszczone włosy identycznego koloru, co Dąb. Tylko uważny obserwator stwierdziłby, ze byli braćmi, tak wielka była różnica między Dębem a Jatyą. Młodszy z braci, Jatya, operował lżejszym mieczem i niewielką maczugą, którą jednak zadawał celne ciosy. Jako jedyną ochronę miał cienki pancerz.
Po drugiej stronie skulonego na koniu Chyżego Wiatru wybijał wrogów Urwer. Elf miał ciemnorude, długie włosy, które splótł w warkocz, sięgający połowy pleców. Ubrany tylko w skórzany strój do walki, sprawnie wywijał ciężkim mieczem. Na plecach miał też zawieszony długi łuk. Jego jasna skóra wydawała się jeszcze jaśniejsza przy ognistym kolorze włosów. Miał zmarszczone brwi i minę kogoś, kto musi zrobić to, czego nie lubi. Miał około metra osiemdziesięciu.
Obok Urwera walczyła dorównująca mu wzrostem Lalaíth. Elfka miała długie, rozpuszczone, luźne złote loki, białą jak mleko skórę i przenikliwe, zielone oczy. Skupiona na walce, ubrana w skórzany strój bojowy. Używała w walce stosunkowo cienkiego i lekkiego miecza (cięższego niż ten, którego używał Jatya), a na plecach, podobnie, jak Urwer, miała łuk.
Szczęk broni zagłuszał wrzaski pokonanych, jednak walczący obok siebie żołnierze słyszeli się w miarę dobrze.
-Jeżeli Rogne jeszcze raz zostanie na tyle…- Zaczął groźnie Dąb, ale reszta jego słów utonęła w bitewnym zgiełku. Zapewne na szczęście, bowiem postawny elf nie liczył się często ze słowami.
-Jeden mniej czy więcej- wzruszył ramionami Jatya. Pomimo cherlawej postawy, w boju był świetny, opanowany i skuteczny.
-Mógłby ochraniać króla od tyłu- zauważył Urwer. Słysząc to, Chyży Wiatr drgnął nerwowo i obejrzał się. Dopiero teraz zrozumiał, że jest odsłonięty od tyłu. Jego koń się nie poruszył, ale władca zaczął drżeć.
Wojownicy wymienili spojrzenia, wspominając poprzedniego króla, ojca Chyżego Wiatru. Ten odważny, stanowczy mężczyzna nigdy nie stałby bezczynnie na koniu podczas walki. A gdyby usłyszał, że jest odsłonięty od tyłu, obróciłby się i rzucił w wir walki.
Lalaíth miała najlepszą pozycję, pozwalającą widzieć prawie całe pole walki.
-Ghughung się wycofuje- poinformowała pozostałych.
-To się i tak skończy najwcześniej za jakąś godzinę, może dwie- zawyrokował Urwer, odcinając głowę jakiemuś krasnoludowi. Trysnęła mętna posoka i najbliżej stojący odruchowo się uchylili.
Król wydał z siebie jęk. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Chyży Wiatr otulił się swoim jedwabnym, królewskim płaszczem i pomyślał, że nigdy nie powinien zostać królem. Gdyby nie to, że zmarła jego starsza siostra, byłby teraz może hrabią, bo to ona odziedziczyłaby tytuł ich ojca. Spróbował nie myśleć, gdzie się znajduje, ale nie było to proste, bo jego wszelkie myśli nieomal zagłuszały jęki, krzyki, wrzaski rannych i umierających. Nie chcąc myśleć, ilu z tychże jest elfami, zacisnął powieki.
Bitwa, jak powiedział Urwer, skończyła się po godzinie i kilkunastu minutach. Wówczas ostatni żywy krasnolud czy gnom zniknął z pola walki. Wynik był jednoznaczny i oznaczał zwycięstwo elfów.
Przyszedł czas na „Żałobny Spacer”, jak nazywali go elfowie (a polegał on na zbieraniu i identyfikowaniu ciał zmarłych) jednak król wymówił się złym samopoczuciem i wraz ze swoimi najbardziej zaufanymi wojownikami udał się do obozu, rozbitego za Pasmem Wzgórz Bezlistnego Drzewa.
Podczas jazdy dołączył do nich Rogne, przepraszając za nieobecność podczas walki. Elfowie jechali w milczeniu, wpatrując się w krętą, kapryśną drogę.
-Stokroć przeklęta zaraza, która zmogła Eveye- odezwał się wreszcie Chyży Wiatr.- Gdyby nie to, ona zasiadałaby na tronie naszych przodków, dzierżąc w dłoni berło odpowiedzialności.
Nikt nie odpowiedział. Dąb, Jatya, Rogne, Urwer i Lalaíth byli starsi od króla i pamiętali jego siostrę i nawet jego ojca. Żadne z nich nie chciało jednak przyznać, że Eveye byłaby lepszą władczynią.
-Ona też zapewne nie przystałaby na żądania króla krasnoludów, Ghughunga- ciągnął król. Zanim do pozostałych dotarła treść jego słów, odwrócił się na koniu, wyciągając z ozdobnej pochwy miecz.
Wojownicy zamarli.
-Ty, nasz król, chcesz nas zdradzić?- Zapytał z niedowierzaniem Dąb.
-Zdrada z rąk samego władcy kiepsko wygląda- potwierdził Jatya.
-Nie obchodzi mnie, jak wygląda!- W oczach Chyżego Wiatru pojawiło się to, co ludzie nazywają szaleństwem lub obłędem.- Obchodzi mnie to, że dzięki tej umowie Ghughung mnie nie zabił podczas walki! Zabronił swoim sprzymierzeńcom mnie zabić! Zabronił zabić moją żonę!
-Czemu uważasz, że możesz nas pokonać w walce?- Zainteresował się Rogne. Zaskakująco spokojny elf mierzył spojrzeniem władcę. Ten poruszył niezdarnie mieczem.
-Może i nie mam waszych umiejętności- przyznał po chwili prawie z żalem.- Jednak jesteście spętani tym, czym są spętani wszyscy wojownicy elfów: lojalnością. Nie zrobicie mi krzywdy tylko dlatego, że jestem waszym królem i synem Chyżego Lisa!
Miecz ze świstem przeciął powietrze. Jatya uniósł ręce, chcąc zablokować cios, ale w tym momencie z jego oka wypłynęła łza. Nawet nie spróbował sparować ciosu, ale przyjął cios w klatkę piersiową.
To nie był ładny cios. Był niezręczny, zbyt wolny i nieprofesjonalny. Jednak widząc go, pozostali rozpierzchli się na boki, skracając w dłoniach lejce konne.
Chyży Wiatr zbliżył się do Dęba, który, rozwścieczony widokiem pokonanego brata, zamachnął się toporem. Przerwał ruch tuż przed szyją króla. W następnej chwili to miecz króla zatopił się w jego szyi, zrzucając go z konia.
Rozpalony szaleństwem władca szarpnięciem uzdy znalazł się przy Urwerze. Zanim jednak zdążył zadać cios, od tyłu zaszedł go Rogne. Śmiertelny cios władcy dosięgnął do w skroń.
Na polu „bitwy” pozostali Lalaíth i Urwer. Nie powtarzając błędu pozostałych, trzymali się razem, unikając ataków króla, który, rozdrażniony, popełniał coraz większe błędy w szermierce. Jednak miał rację- żaden dobry żołnierz nie zaatakowałby swojego pana. To przeczyłoby wszelkiej istocie elfich żołnierzy.
Lalaíth uważnie obserwowała technikę walki Chyżego Wiatru. Robiła to zawsze i zazwyczaj pozwalało jej to zwyciężyć. W przypadku tego władcy nie miało to jednak sensu. Król nie miał żadnej techniki walki. Machał mieczem tak, jak to wypracował u niego ciężko nauczyciel szermierki. Na odlew, licząc na swoją siłę (zabawne) i szczęście. Wywijał mieczem, byleby wywijać i czuć się silnym.
Urwer spróbował zaatakować władcę, ale stwierdził, że zupełnie bezwiednie na końcu zboczył mieczem w lewo. Chyży Wiatr zaśmiał się.
Od prawej pojawiła się Lalaíth. Zrezygnowała już z miecza i wyjęła zza paska cienki, srebrny sztylet. Nim ktokolwiek dostrzegł, co zamierza, cisnęła nim w kierunku króla.
Sztylet trafił w nogę konia. Zwierzę zarżało cicho, po czym zaczęło ześlizgiwać się po wzgórzu, po nagich skałach, w kierunku przepaści. Urwer triumfalnie krzyknął. Lalaíth wytrąciła miecz z rąk Chyżego Wiatru, po czym zeskoczyła lekko z konia, łapiąc króla za nadgarstki. Wciągnęła go na skałę. W tym czasie Urwer szarpał za uzdę konia, usiłując ratować i zwierzę.
Podczas gdy Urwer krępował ręce króla- zdrajcy, Lalaíth nachylała się nad poległymi. Żadne z nich nie żyło, ani Rogne, ani Dąb, ani Jatya. Lalaíth wyprostowała się z twarzą zmienioną gniewem. Irytowały ją bezsensowne śmierci, była nimi znudzona. Spojrzała się w oczy króla z pogardą.
-Lalaíth, jesteś może i najlepiej walczącą kobietą w całym kraju- odezwał się władca, nie zważając na strużkę krwi, płynącą z rozciętej wargi (prawdopodobnie podczas zsuwania się po skale uderzył się ręką).- Lecz z pewnością mogę rzec, iż nie najbardziej wścibską. Nigdy nie interesowało cię, kim są twoi rodzice?
-Moi rodzice nie żyją- odparła Lalaíth z chłodną nienawiścią i wskoczyła lekko na konia. Urwer wsadził króla na jego konia i, trzymając uzdę, wsiadł na własnego.
-Bynajmniej, Lalaíth- na twarzy Chyżego Wiatru pojawił się okropny uśmieszek.- Ja jestem twoim ojcem.
Urwer nerwowo spojrzał się z towarzyszki na dowódcę, po czym zdecydował, że najlepiej będzie udawać, iż nic nie słyszał. Przycisnął pięty do boków swojego konia i ten ruszył. Po chwili do kroków jego wierzchowca dostosowały się też konie Lalaíth i Chyżego Wiatru.
Przez całą drogę Lalaíth nie odezwała się ani słowem. Jechała w milczeniu, wpatrzona w grzbiet swojego konia.
Po przyjeździe do zamku oddali króla w ręce ministrów. Kara za zdradę była jedna, najgorsza dla każdego elfa- dożywotnia banicja. Zarazem władza w państwie przeszła w ręce Lalaíth.
Po odczytaniu wyroku dla Chyżego Wiatru były król odjechał w asyście kilkunastu swoich poddanych, którzy mieli doprowadzić go do granicy, zostawić w określonej gospodzie i wrócić.
Ten sam urzędnik, który odczytywał wyrok dla Chyżego Wiatru, mianował Lalaíth księżniczką elfów.
-… Przyrzekamy jej wierność, oddanie i ogólne uwielbienie…- Odczytywał nieco monotonnym głosem urzędnik, stojąc wyprostowany jak struna. Obok niego stała nieruchomo Lalaíth, ubrana w szerokie, fioletowe szaty, z rozpuszczonymi, długimi lokami. Rozmyślała o wygnanym ojcu, o jego słabości. Zastanawiała się, jak sobie poradzi z rządzeniem państwem.
-… I życzymy jej wielu tysięcy lat panowania…- Urzędnik dalej odczytywał słowa, wypisane dawno temu na długim zwoju.
Urwer, stojący w tłumie rycerzy, nie do końca słuchał urzędnika, prowadzącego ceremonię. Wpatrywał się w rozświetloną słońcem sylwetkę nowej księżniczki elfów.
-… Na mocy zgody całego ludu, królewskiej krwi wybranki i mego urzędu przyznaję Lalaíth tytuł księżniczki elfiego królestwa i nadaję jej przydomek Waleczna. Okres jej panowania zyskuje nazwę „Feniks”. Uzasadnienie mówi, iż jak feniks naradza się z popiołów, tak nam zesłano nową władczynię z popiołu zdrady…- Ciągnął nieubłaganie urzędnik, podczas gdy drugi wyjął z pudełka diadem i włożył go na głowę klęczącej Lalaíth.
Lalaíth nie była długo księżniczką. Zaledwie dwie elfie pory roku później poślubiła oficjalnie Urwera i stała się królową. Zgodnie z panującym u elfów prawem, to ona trzymała w ręku całe państwo, nie Urwer (elfy ponad wszystko stawiają krew i to dziedziczka królewskiego rodu mogła władać krajem). Dzięki wrodzonej inteligencji Lalaíth nie miała problemów z rozwiązywaniem konfliktów. W czasie jej panowania wybuchła jedna, krótka bitwa, którą wygrali. Lalaíth miała jedną córkę i jednego syna. Jeszcze podczas jej życia jej starsze dziecko, córka, znalazła sobie męża (zakochała się na śmierć, ale Lalaíth i Urwer, mając w pamięci własną młodość, rozumieli ją), jednego z rycerzy elfów. Gdy kilka lat później syn królewskiej pary pojął za żonę córkę hrabiego, przyszłość rodu była zapewniona. Dwa lata po narodzinach wnuczki odeszła Lalaíth, a umęczony tęsknotą Urwer niedługo do niej dołączył (tydzień później). Starsza córka Lalaíth, o imieniu Maía, została królową. Ród, nazywany po wsze elfie czasy rodem Feniksa, przetrwał wiele milionów lat.
koniec
I co? Wiem, trochę jak bajka na dobranoc, ale w moich poprzednich opowiadaniach lało się sporo krwi i było mnóstwo okrucieństwa, więc tym razem możliwie złagodziłam wszelkie sceny walki (niestety, aby zdrada Chyżego była dość wielka, musiałam mu pozwolić zabić Jatyę, Rogne' a i Dęba). Spróbuję napisać też może opowiadanie bazujące na tym.
Tagi:
dolina dobrego liscia
Najlepsze popołudnie od bardzo dawna: kawa, ciasto mamy i mój ulubiony serial. Dla takich chwil warto żyć.
PS. Paula, cokolwiek robisz w tej chwili, bardzo za Tobą tęsknię, za Twoimi żartami i przemyśleniami!
Ag., słucham prawie codziennie;-)
PS. Paula, cokolwiek robisz w tej chwili, bardzo za Tobą tęsknię, za Twoimi żartami i przemyśleniami!
Ag., słucham prawie codziennie;-)
Tagi:
niiic
Hm. Próbowałam Wam napisać opowiadanie, ale wyszło nawiązujące do tematu miłości (co źle wróży). Wiecie, kiedy Samurajka dorwie się do tematu miłosnego... Źle się kończy. Ale to nie o to chodzi. Imię głównej bohaterki pisze się po prostu z akcentem nad i, a ja nie umiem tego tak przepisać na kompa. Nad opkiem popracuję i może stanie się na tyle fajne, że je wrzucę.
Jutro do szkoły!:-( No i podadzą wyniki konkursu angielskiego! W sumie tym konkursem mogę się nie przejmować, bo jakie szanse mam ja, biedna pierwszoklasistka, z trzecioklasistami? No ale anglistka prosiła to napisałam. Na nic nie liczę.
Przypomniał mi się fajny dialog z filmu:
"-Albo do nas przystajesz, albo cię zabijemy!
-Yyyy?
-Spokojnie, żartowałem. (uśmiech i chwila przerwy) Prawdopodobnie żartowałem."
Dzięki, że chociaż niektórzy zaglądają na tego beznadziejnego bloga:-) Wszystkim tym, którzy mają siłę ze mną wytrzymac, ślę wielkiego buziaka.
Jutro do szkoły!:-( No i podadzą wyniki konkursu angielskiego! W sumie tym konkursem mogę się nie przejmować, bo jakie szanse mam ja, biedna pierwszoklasistka, z trzecioklasistami? No ale anglistka prosiła to napisałam. Na nic nie liczę.
Przypomniał mi się fajny dialog z filmu:
"-Albo do nas przystajesz, albo cię zabijemy!
-Yyyy?
-Spokojnie, żartowałem. (uśmiech i chwila przerwy) Prawdopodobnie żartowałem."
Dzięki, że chociaż niektórzy zaglądają na tego beznadziejnego bloga:-) Wszystkim tym, którzy mają siłę ze mną wytrzymac, ślę wielkiego buziaka.
Tagi:
szaleństwo
Udało mi się zmienić kolczyki i nie bolało:-) umyłam też całe szkło laboratoryjne od babci (hip hip niedługo zacznę eksperymentować tylko potrzebuję jakichś ciekawych doświadczeń). Najgorsze, że zupełnie nie mogę się wziąć do lekcji. Tzn pisemne odrobiłam, ale gdy tylko spojrzę na zeszyt od polskiego mam taki odrzut... W poprzedniej szkole to było wgl nie do pomyślenia, polski odrabiało się jako pierwszy i z namaszczeniem...
Pierwszy semestr w nowej szkole mam, jak na mnie, okropny, ale co tam. Od poniedziałku biorę się za siebie. Koniec z siedzeniem na kompie i oglądaniem bez celu tych samych filmów. I żadnych wymówek, że po setnym oglądaniu wciąż śmieszą czy przejmują! (Chociaż tak jest). Wymyśliłam sobie postanowienia noworoczne (chyba pierwszy raz w życiu) i mam zamiar ich dotrzymać. Oprócz drobnych postanowień związanych z moim ukochanym Aikido (tj. opanowanie okropnie trudnego padu, wyćwiczenie niepojętej techniki itp.) mam zamiar zaimponować moim nauczycielkom w szkole.
Cybordzicy też.
Z motyką na słońce, prawda? Trudno, się zdziwi cybordzica.
Za to z chemii trzeba utrzymać szósteczkę:-) będzie ciężko bo widzę, że zaczynają się trudne tematy... Ale co to dla mnie, zapalonego chemika (lub, jak mawia Mała, chomika).
Napisałabym Wam jakieś opowiadanko, ale jak tylko zaczynam klepać w klawisze, przypomina mi się wiedźma (polonistka) i jej beznadziejne rady. Wiecie, co ona ostatnio powiedziała? To trzeba przepisać:
K.: Proszę pani, a czy za chodzenie na kółko dziennikarskie mamy podwyższoną ocenę?
(Wyjaśnienia: kółko prowadzi wiedźma [i jest beznadziejne] trwa ono 2 godziny i to w piątek, gdy każdy chce spłynąć do domu... zresztą wiedźma tak wynudziła na tym kółku, że nawet ja ledwo chodzę... tzn przeżywam je w stanie letargu. Aha, mamy tam tworzyć gazetkę szkolną, ale się nie zanosi)
Wiedźma: Podwyższoną ocenę?! Chyba żartujecie! To, ze chodzicie na kółko, to tylko mnie denerwujecie!
Cała klasa zdziw, a najbardziej te pięć osób, które jeszcze chodzą.
S. do mnie, po cichu: No, trzeba szanować nerwy wychowawczyni... Jeśli chodzi o mnie, więcej się nie pojawie.
Ja: Na mnie niech też nie liczy.
Z kółkiem to sobie przerąbała kobieta (że my ją niby denerwujemy tym, że poświęcamy swój cenny czas!) bo chyba nikt już nie będzie chodził (wyłączając D., okropną lizuskę). Jeśli o mnie chodzi, to babka sobie naprawdę załatwiła, bo ja jej przyniosłam swoją działkę (recenzje) na dzień po tym, jak ona zażądała. Koniecznie to wtedy chciała z dnia na dzień, bo cośtam no i siedziałam nad chyba sześcioma recenzjami do 23. A następnego dnia ona mi wyjechała, że nie lubi recenzji i że ich nie zamieści w gazetce. Nie to nie.
Pierwszy semestr w nowej szkole mam, jak na mnie, okropny, ale co tam. Od poniedziałku biorę się za siebie. Koniec z siedzeniem na kompie i oglądaniem bez celu tych samych filmów. I żadnych wymówek, że po setnym oglądaniu wciąż śmieszą czy przejmują! (Chociaż tak jest). Wymyśliłam sobie postanowienia noworoczne (chyba pierwszy raz w życiu) i mam zamiar ich dotrzymać. Oprócz drobnych postanowień związanych z moim ukochanym Aikido (tj. opanowanie okropnie trudnego padu, wyćwiczenie niepojętej techniki itp.) mam zamiar zaimponować moim nauczycielkom w szkole.
Cybordzicy też.
Z motyką na słońce, prawda? Trudno, się zdziwi cybordzica.
Za to z chemii trzeba utrzymać szósteczkę:-) będzie ciężko bo widzę, że zaczynają się trudne tematy... Ale co to dla mnie, zapalonego chemika (lub, jak mawia Mała, chomika).
Napisałabym Wam jakieś opowiadanko, ale jak tylko zaczynam klepać w klawisze, przypomina mi się wiedźma (polonistka) i jej beznadziejne rady. Wiecie, co ona ostatnio powiedziała? To trzeba przepisać:
K.: Proszę pani, a czy za chodzenie na kółko dziennikarskie mamy podwyższoną ocenę?
(Wyjaśnienia: kółko prowadzi wiedźma [i jest beznadziejne] trwa ono 2 godziny i to w piątek, gdy każdy chce spłynąć do domu... zresztą wiedźma tak wynudziła na tym kółku, że nawet ja ledwo chodzę... tzn przeżywam je w stanie letargu. Aha, mamy tam tworzyć gazetkę szkolną, ale się nie zanosi)
Wiedźma: Podwyższoną ocenę?! Chyba żartujecie! To, ze chodzicie na kółko, to tylko mnie denerwujecie!
Cała klasa zdziw, a najbardziej te pięć osób, które jeszcze chodzą.
S. do mnie, po cichu: No, trzeba szanować nerwy wychowawczyni... Jeśli chodzi o mnie, więcej się nie pojawie.
Ja: Na mnie niech też nie liczy.
Z kółkiem to sobie przerąbała kobieta (że my ją niby denerwujemy tym, że poświęcamy swój cenny czas!) bo chyba nikt już nie będzie chodził (wyłączając D., okropną lizuskę). Jeśli o mnie chodzi, to babka sobie naprawdę załatwiła, bo ja jej przyniosłam swoją działkę (recenzje) na dzień po tym, jak ona zażądała. Koniecznie to wtedy chciała z dnia na dzień, bo cośtam no i siedziałam nad chyba sześcioma recenzjami do 23. A następnego dnia ona mi wyjechała, że nie lubi recenzji i że ich nie zamieści w gazetce. Nie to nie.
Tagi:
nic
Wczoraj razem z A. poszłyśmy do innego dojo. Rozgrzewka dwadzieścia minut, z czego całość w biegu, potem kolejne trzydzieści minut pełne wyczerpujących ćwiczeń (typu różne pady, misie koala, czołgi, taka ogólnorozwojówka).
-No, to teraz chodzenie na rękach, proszę bardzo- wydał komendę sensei. Ja i A. wymieniłyśmy przerażone spojrzenia. Ćwiczenie temu po raz pierwszy w życiu obie stanęłyśmy na rękach, a teraz...
-To może ty stań na rękach, ja cię złapię za nogi i pomogę- zaproponowałam błyskawicznie.
-A nie lepiej, żebym ja... Jesteś ode mnie sporo lżejsza...- Usiłowała się bronić A.
-Nie...- Ostatecznie ja jej pomogłam, a ona mi i zrobiłam osiem kroków na rękach, po czym całkiem ładny przewrocik w przód. Buhahahaha, nie ma to jak 4 kyu.
A potem techniki, na szczęście nie za bardzo skomplikowane.
A dzisiaj znowu do babci... Bosko, nie ma co. Mam takie zakwasy, że nie mogłam wstać z łóżka, a teraz podnoszenie rąk to tortury.
-No, to teraz chodzenie na rękach, proszę bardzo- wydał komendę sensei. Ja i A. wymieniłyśmy przerażone spojrzenia. Ćwiczenie temu po raz pierwszy w życiu obie stanęłyśmy na rękach, a teraz...
-To może ty stań na rękach, ja cię złapię za nogi i pomogę- zaproponowałam błyskawicznie.
-A nie lepiej, żebym ja... Jesteś ode mnie sporo lżejsza...- Usiłowała się bronić A.
-Nie...- Ostatecznie ja jej pomogłam, a ona mi i zrobiłam osiem kroków na rękach, po czym całkiem ładny przewrocik w przód. Buhahahaha, nie ma to jak 4 kyu.
A potem techniki, na szczęście nie za bardzo skomplikowane.
A dzisiaj znowu do babci... Bosko, nie ma co. Mam takie zakwasy, że nie mogłam wstać z łóżka, a teraz podnoszenie rąk to tortury.
Chandra trochę zelżała, ale absolutnie nie minęła... Cybordzica (baba od gegry) i wiedźma (wychowawczyni i baba od polaka) dały dzisiaj takie popisy, że normalnie szczęka opada. Długo by opisywać każdy z nich. A szkoda, bo gdyby nie te dwie głupie, zarozumiałe, nieprzyjemne potwory, dzień oceniłabym na plus. A tak?
Siedzę w pokoju, zażeram chipsy i mam nadzieję, że wreszcie utyję i będę miała porządny problem. Nie no żartuję, więcej problemów mieć nie chcę. Mam wystarczająco wiele.
Mam 6 z chemii na półrocze. Babka tak wstawiała oceny, że S., bardzo dobry z chemii, z całą rodziną chemików, z trudem wyratował się na 4. Przy mnie nic nie powiedziała oprócz tego, że "posługujesz się językiem chemicznym, jesteś bardzo aktywna i błyskotliwa, celujący".
Pff.
O, przypomniało mi się, co miałam napisać. Ostatnio mam wrażenie, że otaczają mnie sami poje***i alkoholicy. Gdzie bym nie poszła, słyszę coś w rodzaju: "a ja wypiłam dwie puszki piwa na sylwestrze...", "ja podebrałem staremu wino i wypiłem, całą butelkę, serio", "ja piłam szampana z moim wujkiem...", "mnie brat kupił piwko malinowe". Ludzie, jasna cholera. Tylko ja wiem, co robi alkohol z ludzkim organizmem? Nie spróbowałam i nie mam zamiaru. Pijani ludzie mnie odrzucają (a wiem, co mówię, bo F., trzecioroczniak, przychodzi czasem do szkoły pijany i wtedy dusi dziewczyne ode mnie z klasy sznurkiem od rolet albo kaleczy je pineskami) i nie mam zamiaru (przynajmniej na razie) pić niczego alkoholowego. Mogę, ok, zrozumieć, że to był sylwester. Ale gdy moja koleżanka upija się po szkole regularnie od trzech miesięcy, bo kocha się w tym fajnym niebieskookim brunecie z 2c i piwo "pozwala jej zapomnieć". Ja jestem po prostu ciekawa, dokąd zaprowadzi ich chlanie alkoholu w tym wieku. I mam w nosie to, że piszę jak osiemdziesięcioletnia ciocia "dobra rada".
O.
Siedzę w pokoju, zażeram chipsy i mam nadzieję, że wreszcie utyję i będę miała porządny problem. Nie no żartuję, więcej problemów mieć nie chcę. Mam wystarczająco wiele.
Mam 6 z chemii na półrocze. Babka tak wstawiała oceny, że S., bardzo dobry z chemii, z całą rodziną chemików, z trudem wyratował się na 4. Przy mnie nic nie powiedziała oprócz tego, że "posługujesz się językiem chemicznym, jesteś bardzo aktywna i błyskotliwa, celujący".
Pff.
O, przypomniało mi się, co miałam napisać. Ostatnio mam wrażenie, że otaczają mnie sami poje***i alkoholicy. Gdzie bym nie poszła, słyszę coś w rodzaju: "a ja wypiłam dwie puszki piwa na sylwestrze...", "ja podebrałem staremu wino i wypiłem, całą butelkę, serio", "ja piłam szampana z moim wujkiem...", "mnie brat kupił piwko malinowe". Ludzie, jasna cholera. Tylko ja wiem, co robi alkohol z ludzkim organizmem? Nie spróbowałam i nie mam zamiaru. Pijani ludzie mnie odrzucają (a wiem, co mówię, bo F., trzecioroczniak, przychodzi czasem do szkoły pijany i wtedy dusi dziewczyne ode mnie z klasy sznurkiem od rolet albo kaleczy je pineskami) i nie mam zamiaru (przynajmniej na razie) pić niczego alkoholowego. Mogę, ok, zrozumieć, że to był sylwester. Ale gdy moja koleżanka upija się po szkole regularnie od trzech miesięcy, bo kocha się w tym fajnym niebieskookim brunecie z 2c i piwo "pozwala jej zapomnieć". Ja jestem po prostu ciekawa, dokąd zaprowadzi ich chlanie alkoholu w tym wieku. I mam w nosie to, że piszę jak osiemdziesięcioletnia ciocia "dobra rada".
O.
Tagi:
otaguj wiadomość
Chyba zaczyna się chandra... Poszłabym sobie zrobić kawy, ale... Ale nie mam sił. Po co mam żyć, po co mam się uczyć! Dla kogo? Pytam się, dla kogo?! Dla siebie? Trochę za mało.
Boże chandra- gigant!
Chciałabym się zabić, ale brak środków. Żadnych skutecznych tabletek (beznadzieja, w "V" każdy Przybysz miał tzw. "samobójczą tabletkę").
Beznadziejaaa!
I ja mam jutro wlec się do szkoły?!
PO CO? DLA KOGO?
Załamię się.
Boże chandra- gigant!
Chciałabym się zabić, ale brak środków. Żadnych skutecznych tabletek (beznadzieja, w "V" każdy Przybysz miał tzw. "samobójczą tabletkę").
Beznadziejaaa!
I ja mam jutro wlec się do szkoły?!
PO CO? DLA KOGO?
Załamię się.



